Andrzej Dudek-Dürer – „Koło życia i śmierci”

Data:
Od: 07-05-2012
Do: 07-05-2012

Miejsce:
ODA, ul. Sieradzka 8

Andrzej Dudek-Dürer – „Koło życia i śmierci”
wernisaż: 7 maja, godz. 16:00, ODA Sieradzka 8.
Wystawa w ramach festiwalu INTERAKCJE

Kurator wystawy: Krzysztof Jurecki

Andrzej Dudek-Dürer uważa siebie za inkarnację Albrechta Dürera urodzonego w Niemczech w 1471 roku. Taka stanowcza deklaracja czyni bezradnym niejednego krytyka i odbiorcę, odrzucających możliwość istnienia „koła życia i śmierci”, bądź przyjmujących ją jako żart lub wręcz Witkacowską blagę. Nie, ta kategoria choć istotna w najnowszych działaniach twórczych dla niego się liczy. Andrzej Dudek-Dürer stwarza określony fakt natury psychologicznej i artystycznej, który za pomocą performance o charakterze medytacji łączy w więź energetyczną wszystkie jego prace, wykonywane w różnych technikach. Traktowanie w odpowiedzialny sposób performance’u jako formy służącej także do modlitwy wstawienniczej za zmarłych artystów (tworzenie form symbolicznych, dających schronienie, jak koło, zapalenie świecy, granie na sitarze), a przy tym deklaracja rezygnacji z jednej własnej i określonej tożsamości, łączy się z parateatralną formą działań na żywo, wyróżniają od bardzo wielu lat artystę od tworów, którzy pokazują jedynie zmaganie się z określoną formą czy przestrzenią lub próbujących stopić sztukę z życiem, co jest dawną awangardą utopią, najlepiej określoną i ujawnioną przez ruch Fluxus. W polskim performance brakuje działań, które tworzyłby określoną strukturę czasową i ideową i w tym sensie, nie ma w nim tak ważnych postaci, jak miało to miejsce w latach 70. i 80. Jak określić postawę artysty, ponieważ zawsze jest to istotne. Andrzej Dudek-Dürer z nikim nie walczy, nawet nie pragnie rywalizować, co najwyżej swoimi realizacjami upomina się o swoje miejsce na mapie sztuki polskiej. W zależności od potrzeb jest fotografem, grafikiem, twórcą wideo, który potrafi wykorzystać praktycznie każdą chwilę życia do stworzenia nie tylko czegoś intrygującego, ale potrafi swe podróże, myśli i wyobrażenia zamienić w sztukę, którą jest formą medytacji z zawartym w niej problemem symbolicznym. Niby buddyjski mnich tworzący z piasku mandale, Andrzej Dudek-Dürer potrafi za pomocą performance stwarzać ważne psychologiczne więzi międzyludzkie, połączone zawsze ze swoim wysiłkiem zmaganiem z materią, co jest cechą jego działań. W tym sensie jest tradycjonalistą, choć podąża wraz ze swą generacją wychowaną na konceptualizmie, czyli jest wychowankiem późnego modernizmu artystycznego, ale nigdy nie był przywiązany do neoawangardowej retoryki puryzmu minimal-artu i konceptualizmu czy radykalizmu body-artu, który nad czym się warto zastanowić najlepsze lata miał dawno temu w działaniach akcjonistów wiedeńskich. Jego prace fotograficzne, graficzne i wideo są rozrachunkiem z samym sobą, swoimi niepokojami czy nawet obsesjami, które trzeba zneutralizować. Performance zaś, jak je pamiętam od 1994 r., kiedy po raz pierwszy widziałem w Willi Herbsta należącej do Muzeum Sztuki w Łodzi w październiku 1994 formą medytacji. W grafikach przedstawia np. Apokalipsę bez śmierci, działając na znanej pracy Dürera, która dotyczy wizji współczesnej niemieckiemu artyście z końca XV wieku, jak też mającej wymiar ostatecznej walki „dobra ze złem”. Wrocławski artysta pragnie nie tyle unieważnić wymiar Apokalipsy, ale pozbawić go wymiaru tragicznego. Czy artysta ma taką moc? Prace niemieckiego artysty z przełomu średniowiecza i renesansu pragnie wyciszyć, nadać im piętno bardziej humanistyczne, bez bojaźni i drżenia, tak silnie akcentowanych w słynnym cyklu Apokalipsa. Można zadać pytanie czy apokalipsa jest w dalszym ciągu istotna, czy tylko sprowadzana do wymiaru filmu w typie Armagedon (1998) i czy jej wymiar jest tylko unicestwieniem? Na temat tej problematyki rozmawiałem z artystą w wywiadzie pt. Świadomość procesu transformacji . Oto interesujący fragment: K. Jurecki: Apokalipsa w Twojej interpretacji pojawiła się nawet na papierze toaletowym czy zamknięta w szklanym słoiku! Andrzej Dudek-Dürer: Lata 70. i 80. XX wieku w PRL-u to zarówno dla artystów, jak i dla całego polskiego społeczeństwa okres ciężki, ze względu na trudności w możliwościach nabycia różnych dóbr materialnych. Dla artystów te problemy miały związki z niemożliwością zakupu farb graficznych (do różnych technik graficznych), papierów artystycznych, pędzli, papierów fotograficznych (o szczególnych parametrach), pod pewnymi względami był to okres lepszy od lat 60. Stworzono w tym czasie specjalne sklepy dla artystów, gdzie od czasu do czasu coś ,,rzucano’’. W tym kontekście pojawiły się prace wykonane np. na papierze toaletowym (którego w tamtym czasie też nie można było łatwo kupić, Apokalipsa na papierze toaletowym, obiekt, 1978), inne na gazetach codziennych, tapetach, papierach śniadaniowych, bibułkach, deskach czy tzw. mapach konturowych dla młodzieży szkolnej… i na wielu, wielu innych materiałach. Uważam, że jeśli twórca jest kreatywny jest on w stanie adaptować różne aspekty tzw. rzeczywistości codziennej i przetworzyć ją w formułę kreatywności. W tym czasie opracowałem receptury kilku rodzajów farb graficznych, m.in. do serigrafii. Zainteresowanie starymi technikami chromianowymi wynikało po części z potrzeby bycia niezależnym od rynku materiałów fotograficznych. Apokalipsa na papierze toaletowym to manifestacja zagrożenia, manifestacja ulotności i nietrwałości wszelkiej tzw. materialności, to rodzaj paradoksu istnienia, ujawniającego zarazem krąg narodzin i śmierci; to refleksja nad wartościami i jakościami życia. Apokalipsa w słoiku ma analogiczne odniesienia. Ta praca ze słoikiem powstała w stanie wojennym. Przezroczysty słoik i skryte w nim zagrożenie, które może być uwolnione – to rodzaj refleksji nad decyzjami. Czyli puszka Pandory? Tak, przypadkowe działanie może spowodować nieobliczalne konsekwencje. Papier toaletowy jest symbolem czegoś bardzo prozaicznego, czegoś, co ulega szybko degeneracji i degradacji. Trzeba dodać, że tego papieru wtedy nie było, a z drugiej strony zasygnalizowałem, że artysta może i powinien pracować na wszystkim. Nie znasz moich prac na tapetach, na których wykonywałem serigrafie. Trzeba mieć jedynie świadomość działania każdej materii, z którą się pracuje, a także zrozumienie możliwości szybkiego rozkładu. To można rozpatrywać w kontekście obecnej cywilizacji, która zalewa nas różnymi gadżetami i błyskotkami. Apokalipsa rozumiana szerzej i bardziej uniwersalnie pojawiła się w mojej fotografii na początku lat 70. – były to zdjęcia wysypisk śmieci, starych zaniedbanych cmentarzy (cykle Krzyży, które w tamtej epoce przez cenzurę były niedostępne do prezentacji dla publiczności). Dokumentacje z performance Autoukrzyżowanie (1973) zostały odrzucone z wystawy z uzasadnieniem “że są to wątki dekadenckie i defetystyczne” i “że tego typu prace mogą ranić uczucia religijne”. Obecna sytuacja kulturowa przypomina tą z końca XIX wieku, kiedy Oscar Wilde opublikował Portret Doriana Graya (1890), jako wyraz koncepcji „sztuki dla sztuki”, wyzwolonej z określonych wówczas reguł sztuki akademickiej. Dla Wilde’a podążającego śladem romantyków liczyło się tylko hedonistyczne piękno i spełnienie swych hedonistycznych pragnień. Posłużmy się krótkim, ale jakże charakterystycznym cytatem, z którym odpowiada Lord Henry Wotton: „A sztuka? – spytała. Jest choroba Miłość? Rozczarowaniem Religia? Wytwornym surogatem wiary” Można powiedzieć, że jest to wyznanie charakterystyczne dla postmodernistycznej moderny, w którym to terminie Wolfgang Welsch zaproponował nie kulturowe przeciwstawienie dwóch epok, ale wzajemne przenikanie się, w którym obecny postmodernizm, oczywiście nie we wszystkich dziedzinach i przejawach artystycznych, można wywieść z XX wiecznego modernizmu, ale nie zaś neoawnagardy. Zupełnie inną postawę prezentuje reprezentuje Andrzej Dudek-Dürer, choć oczywiście działa w czasach ponowoczesności, do pewnego stopnia pod presją najnowszej cyfrowej technologii. Ale wielu pracach z XXI wieku odwołuje się do archetypu Chrystusa, Buddy, pokazuje, że sztuka czyni cuda (lewitacja) i przekazuje gest energetycznego i duchowego pozdrowienia dla wszystkich. Uzmysławia więc walkę ze stygmatem śmierci, co było zadaniem sztuki praktycznie we wszystkich systemach i praktykach religijnych od samego początku istnienia homo sapiens. Także jego sztukę wyróżnia go wiara, której pozbawione są odarte z „aury” wszelkie obrazy ponowoczesne, że warunek stworzony przez religijnego twórcę, żyjącego według określonych reguł etycznych, ma w sobie potencjalną moc oddziaływania na świat. Ta kategoria immanentnie zawarta w wielu pracach Andrzej Dudek-Dürera będzie sprawiała, że siła oddziaływania jego obrazów, jak sądzę, wraz z czasem będzie rosła. Oczywiście jest też zawarty w niej pewien aspekt ponowoczesnej ironii, choć rzadko, który osłabia obrazy sakralne. Duchowa energia sztuki stara się też unicestwić wszechobecną ideologizację i upolitycznienie sztuki na rzecz sakralnego charakteru osoby ludzkiej i całego świata, rozumianego jako „forma energetyczna”. Ale jest to forma indywidualnego synkretyzmu religijnego, bez konkretnego odwołania do formuły buddyzmu czy hinduizmu. Bez ekspansji i nadmiernego akcentowania warstwy ideologicznej, aby dokonać schronienia: siebie, ludzi, w tym znanych nieżyjących artystów. Można powiedzieć, że jest to rodzaj twórczości jako schronienia, czyli mandali. Schronienia przed zniszczeniem, unicestwieniem, aby nastąpiło ostateczne wyzwolenie z kręgu narodzin i śmierci.

Krzysztof Jurecki